Wiadomo – bestia niejedno ma imię i wcielenie. Nasza osobista bestyjka to długonogi złodziejaszek, który stał się nasz jakiś rok temu, chociaż nasz być nie miał, mimo iż de facto był, bo niczyj inny być nie chciał, a może raczej, nikt nie chciał, by czyjś był. Przewrotne? Otóż to.
Najpierw bestyjka miała na imię… ToboKotek. Wtedy wyglądała tak:

Potem bestyjka zmieniła imię na Tobo. Wyglądała wówczas bardzo podobnie jak ToboKotek. Była też mylona z siostrą – TogoKotką…:/
Jakiś czas później, okazało się, że nazywa się Tobiaszek i prezentuje się naprawdę ładnie.

Sądziliśmy, że już dość tych wcieleń, ale nic z tego! Pojawił się Tobinio.

No, no – mówiliśmy, ale mamy tu stworzeń w tym futerku i zastanawialiśmy się kto jeszcze przybędzie (nam w głowie i na językach).;) Nie musieliśmy czekać długo, bo jakoś w okolicach mistrzostw piłkarskich o głaski zaczął dopominać się Tobinho… Hmmm… był naprawdę podobny do Tobinia.

Zrobił już niezły tłumek bestyjek, kiedy zorientowaliśmy się, że mamy egzotycznego gościa – pod ręce pchał nam się Tobi z Nairobi ;) Piękny i dziki!

Czasem zagląda jeszcze dwóch braci bliźniaków: Tobiasek i Scerbatek. Nigdy nie przychodzą razem, nie rozróżniamy ich. Ten, który przyjdzie, po prostu włazi na drapak. Aż do chwili, kiedy Tobi z Nairobi namówi go na głupoty…

I tak żyjemy sobie w tym tłumie, czasem tylko zastanawiając się, kogo jeszcze licho przyniesie...;)